Wybór kraju

Wybór kraju

Giganci polskiego handlu opanowują sieć. Zobacz, jak to robią

10 Maj 2017   Aktualizacja: 10 Maj 2017

Marta Siekierska

LPP i CCC zbudowały swoją potęgę dzięki sklepom stacjonarnym. Teraz mogą ją utrzymać tylko dzięki odważnemu wejściu w eCommerce.

Są największymi sprzedawcami odzieży i obuwia w Polsce. A jednocześnie, zaraz po Cyfrowym Polsacie, największymi prywatnymi spółkami. Wartość LPP, do której należą takie marki, jak Reserved, House,Cropp, Mohito, Sinsay wynosi ponad 11,5 mld złotych, a kapitalizacja CCC to już 8,7 miliardów. Obie spółki osiągają zawrotne wyniki finansowe – przychody liczone w miliardach złotych i zyski sięgające kilkuset milionów rocznie. Ich zasięg dawno wykroczył poza Polskę. Dzięki temu stały się gigantami polskiego handlu, ale jeśli chcą utrzymać pozycję, muszą swój sukces stacjonarny przekuć na przychody ze sprzedaży w sieci. Zwłaszcza, że – jak szacują eksperci firmy Sociomantic Labs – wartość polskiej branży handlu elektronicznego ma do 2020 r. wzrosnąć z 36 mld złotych (w 2016 r.) do ponad 63 miliardów.

LPP i CCC, pomimo podobnej branży, skali i zasięgu działalności mają jednak zupełnie inne koncepcje podboju e-rynku.

LPP inwestuje we własne eSklepy

Odzieżowy gigant z Trójmiasta zamierza wyraźnie postawić na rozwój sklepów internetowych swoich marek, które mają być dostępne zarówno dla klientów z Polski, jak i z zagranicy. Znaczne inwestycje w handel online były widoczne w wynikach spółki już w 2016 roku. Przychody LPP ze sprzedaży internetowej w ubiegłym roku wzrosły aż o 120 procent – wyniosły 173 mln złotych wobec 79 mln zł w 2015 roku. To jednak wciąż ledwie 3 proc. łącznej sprzedaży całej grupy kapitałowej (rok wcześniej 1,5 procent).

– Nasze cele na 2017 rok w tym obszarze są również ambitne: pracujemy nad otwarciem sklepów internetowych w Rosji, na Ukrainie, w krajach bałtyckich oraz w Wielkiej Brytanii. Skupiamy się nad dalszą poprawą funkcjonalności w eCommerce, zarówno nad łatwiejszą nawigacją w sklepach, lepszą prezentacją produktów, dostosowaniem do urządzeń mobilnych, jak również nad logistyką dostaw. Do 2020 roku planujemy, że sprzedaż internetowa stanowić będzie 7-8 proc. sprzedaży grupy – napisał Marek Piechocki, założyciel i prezes firmy, w kwietniowym liście do akcjonariuszy, dołączonym do rocznego raportu spółki.

Przeczytaj też: Narzędzia, dzięki którym rozwiniesz swój eBiznes (cz. 1)

Na koniec 2016 roku sklepy internetowe pięciu marek LPP (Reserved, House, Cropp, Mohito oraz Sinsay) działały już nie tylko w Polsce, ale również w Niemczech, Czechach, Rumunii, na Słowacji i Węgrzech. Na koniec 2017 roku firma chce być obecna na sześciu innych internetowych rynkach – na Litwie, Łotwie, Ukrainie, w Estonii, Rosji oraz Wielkiej Brytanii. Sprzedaż online na Wyspach ma ruszyć jeszcze przed wrześniowym otwarciem flagowego sklepu stacjonarnego marki Reserved na londyńskiej Oxford Street, jednej z najdroższych i najbardziej zatłoczonych ulic handlowych w mieście.

Sklepy stacjonarne coraz częściej będą jednak służyć kreowaniu wizerunku. Sprzedaż ma się rozwijać online (zobacz: Sklep jak showroom. Tak wygląda handel przyszłości). Musi, bo presja ze strony konkurencji jest coraz większa. Wprawdzie w 2016 roku przychody grupy LPP wzrosły o 17 proc. (do ponad 6 mld zł), ale jej zysk netto był niższy aż o 50 procent – skurczył się z 351 mln do 175 mln zł. Rok 2017 wcale nie musi być dla spółki łatwiejszy – może bowiem odczuć skutki wprowadzenia podatku od sprzedaży detalicznej oraz planowanego wdrożenia zakazu handlu w niedzielę. Sprzedaż internetowa mogłaby więc rekompensować straty w sprzedaży stacjonarnej.

O determinacji LPP, by bardziej zaistnieć w sieci, świadczą też jej posunięcia marketingowe, również inwestycjew reklamę w mediach społecznościowych. Nie zawsze udane. Jak wiralowa akcja wideo z Amerykanką szukającą chłopaka z Polski. Która wprawdzie przyniosła 2 mln odsłon, ale gdy internauci zorientowali się, że to tylko fake news stworzony na potrzeby kampanii reklamowej Reserved, ich zaangażowanie zmieniło się w irytację, a firma musiała przepraszać za akcję. I przekonała się, że budowanie pozycji w sieci będzie jej nowym wyzwaniem.

CCC stawia na cudze doświadczenie

Obuwniczy gigant CCC (druga, po Deichmannie, największa sieć obuwnicza w Europie) swoją pozycję w sieci postanowił zbudować na skróty – przejmując spółkę Eobuwie.pl, czyli lidera polskiego rynku obuwniczego online. Za którego 75 proc. udziałów zapłacił jego twórcy, Marcinowi Grzymkowskiemu (który pozostał prezesem spółki), 230 mln złotych.

– Między innymi dzięki wykorzystaniu licznych synergii już w pierwszym roku działalności w ramach Grupy CCC wyniki Eobuwia okazały się lepsze od oczekiwań – przychody przekroczyły 300 milionów złotych, przy zachowaniu niespotykanej w branży online rentowności – pisał Dariusz Miłek, właściciel CCC, w liście do akcjonariuszy, podsumowując 2016 rok.

Zobacz też: Magiczny przycisk zakupowy Amazona. Dlaczego działa?

Twórca CCC do tej pory unikał akwizycji, ale to właśnie przy pomocy Eobuwia chce sobie utorować drogę do podboju rynku eCommerce. Jak zapowiedział Dariusz Miłek, spółka wraz z zespołem Eobuwia pracuje nad udostępnieniem całej swojej oferty w dedykowanym kanale internetowym, który ma być w pełni zintegrowany z jej sklepami.

– Z pewnością będzie to wielki skok do przodu, jeżeli chodzi o komfort naszych klientów, i znacząco zwiększy nasz zasięg poza miejscowości, w których obecnie działamy – przekonuje Dariusz Miłek.

Eobuwie ma stać się liderem w sprzedaży butów w całej Europie Środkowej. Firma uruchomiła dedykowane sklepy internetowe w Polsce, Czechach, Niemczech, Rumunii, Bułgarii, na Słowacji, Węgrzech, Litwie i Ukrainie, z których obsługuje klientów łącznie z 19 europejskich państw. Wejście na kolejne rynki wydaje się jedynie kwestią czasu.

Przeczytaj teraz: Klucz do sukcesu: Zalando, jak rozkochało w zakupach miliony Europejczyków

Zdjęcia otwarciowe: mat. prasowe